Bilet na Ko Phi Phi wykupiliśmy w tym samym biurze podróży, co na „Jamesa Bonda”, gdyż z panią bardzo przyjemnie negocjowało się ceny :)
Do Krabi zabrał nas o 8.00 busik, a stamtąd mieliśmy prom bezpośrednio na Ko Phi Phi. Na szczęście podróż dało się znieść i nie trwała zbyt długo.
Po zameldowaniu się w hotelu ( jak zwykle zabukowaliśmy pokój dzień wcześniej) ,poszliśmy zwiedzić plażę, a potem wykupiliśmy sobie na jutro wycieczkę łódką po wysepkach wchodzących w skład Ko Phi Phi.
Samo Ko Phi Phi, odbiega troszkę od tego, na co się nastawiliśmy, plaża, po tym co zdążyliśmy do tej pory zobaczyć, nie zrobiła już na nas wielkiego wrażenia, szczególnie, że akurat tego dnia była zaśmiecona. Centrum, to labirynt ciasnych uliczek zastawionych straganami, barami, knajpkami i innymi „jadłodajniami”, salonami masażu i biurami turystycznymi. Istny raj dla zakupowiczów, z pokaźnym portfelem, bo ceny są znacznie wyższe niż np. te w Bangkoku. Oczywiście tak czy siak, nie sposób się nie obkupić, przechodząc tymi uliczkami kilka razy dziennie ;)